piątek, 05 sierpnia 2011
zmykam na wakacje
do zobaczenia za trzy tygodnie
wtorek, 02 sierpnia 2011
Powili zbliża się termin mojego wyjazdu (już nie urlopu, bo w końcu jestem bezrobotna). Jutro wstępnie spakujemy plecaki żeby zobaczyć czy się pomieścimy i ostatecznie zadecydować czy wszystko mamy. Cieszę się na ten wyjazd. Mam nadzieję że oderwę się od problemów i trochę odstresuję. Dużo nerwów kosztuje mnie utrata pracy.
Czasem dopadają mnie takie myśli że już nigdy nie znajdę pracy i do końca życia będę tkwiła w depresji. Jakby na przekór byłam dziś na rozmowie kwalifikacyjnej i jutro się dowiem czy przeszłam do drugiego etapu. Byłoby cudownie gdybym od pierwszego września rozpoczęła pracę! Trzymajcie kciuki.
piątek, 29 lipca 2011
Ósmy dzień mojego bezrobocia. Jeszcze bardzo to przeżywam. Wiem, że wylali mnie z powodu L4 ale i tak czuję się gorsza. Trochę jak looser. Wysyłam cv na lewo i prawo ale jak na razie zero odzewu. Byłam do tej pory na jednej rozmowie, ale nie dogadaliśmy się w kwesti zarobków. Na razie jeszcze nie jestem zdesperowana więc staram sie celować w ten sam pułam zarobkowy.
Intensywnie uczę się angielskego więc mam co robić. Poza tym nie mogę się już doczekać wyjazdu. Prawie wszystko na wyjazd jest już dograne, jeszcze tylko zakup pieniążków i ubezpieczenia i jesteśmy gotowi.
Mam nadzieję że w górach odpocznę od wszystkich zmartwień. Na wakacje pójdzie prawie cała moja wypłata więc po powrocie zaczną się prawdziwe problemy finansowe, ale tym będę się martwić później.
środa, 27 lipca 2011
Mam do was bardzo ważne pytanie. Co myślicie o oszczędzaniu wody pitnej?
Pytanie to zrodziło się w mojej głowie po pobycie w Afryce w porze suchej. Mieszkałam w bardzo tanim hoteliku w Karatu przez trzy dni. Mieliśmy pokój z łazienką i - co bardzo wyjątkowe w tej części świata - bierzącą wodę! Bierząca woda była bardzo ważnym wyposażeniem ponieważ Karatu było naszą miejscowością wypadową na safari. Po safari (cały dzień stania w samochodzie z otwartym dachem) człowiek jest skurzony od stóp do głów i nawet bardziej. Prysznic jest wskazany. Nasz prysznic był na tyle luksusowy, że zapewniał nam ciepłą wodę. Był tylko jeden szkopuł. Woda leciała z niego cienką strużką. Pora sucha. Żeby umyć wsłosy najpierw stałam pod prysznicem z czerpakiem pojemności ok 2 litrów (trzeba było stać ponieważ prysznic był na stałe przytwierdzony do sufitu, a kiedy postawiło się czerpak na podłogę ponad połowa wody uciekała na boki). Tak więc stałam z ręką uniesioną do góry przez ok 5 min żeby "nałapać wody" potem wylewałam sobie to na głowę, taką półsuchą tarłam szamponem i znowu 5 min stania żeby naczerpać wody na spłukanie.
Ze spłuczką w toalecie był ten sam problem, zanim napełniła się wodą mijało ok godziny. Nauczyliśmy się z M synchronizować swoje potrzeby fizjologiczne żeby można było użyc tej samej wody po dwóch osobach.
Ta przygoda nauczyła mnie szacunku do wody. Wróciłam do domu z myślami, że to okropne ile czystej wody wylewa się ze spłuczki do ścieków. Powoli zaczęłam wprowadzać nowe zwyczaje. Zakręcam kran z wodą kiedy myję zęby. Naczynia myję w misce, płukam w wiaderku z nimną wodą, a wodę tą wykorzystuję do toalety. Pewnie moich oszczędności w skali kraju, a nawet mojego miasta nikt nie odczuwa, ale ja jestem idealistą. Mam poczucie że zamiast krytykowac należy wymagać od siebie.
Pamiętam jak zaczęłam segregować śmieci to wiele osób się ze mnie śmiało, dziś jest to coraz bardziej popularne. Mam nadzieję, że oszczędzanie wody też nam wejdzie w krew. A wy jaki macie stosunek do wody pitnej?
Późne śniadanie to jeden z atutów bycia bezrobotną, choć muszę przyznać że wylegiwanie się w łóżku straciło dla mnie cały urok. Staram się wstawać o 8.30 żeby wieczorem nie mieć problemów z zaśnięciem. Śniadanie jednak przeciągam prawie od południa. Mój dzień aktualnie ma bardzo powolny rytm. Poranne czytanie gazety w łóżku, potem prysznic, a na koniec kawa z kromką ciemnego pieczywa przy komputerze - aż się prosi dołączyć jeszcze papierosa, ale niestety nie palę
Ciężko powiedzeć żebym nie pracowała. Intensywnie uczę się angielskiego. To przecież też jest praca. Poza tym mam w planie napisać jeszcze art na konkurs (do końca tego miesiąca jest termin) i codziennie wysyłam cv na lewo i prawo.
Jestem aktualnie w ciekawej sytuacji, nie wiem co się za chwilę wydarzy. Daję sobie różne szanse, nie ograniczając się tylko do wysyłania aplikacji na podobne jak do tej pory stanowiska.
Chodzi też za mną pomysł wyjazdu do azji na miesiąc czy dwa - odpoczynek połączony ze zwiedzaniem. Marzyłam o takich długich wakacjach - może jest to dobry moment. Może udałoby mi się znaleźć przy okazji jakąś pracę. W hotelu albo w restauracji - na trochę...
Czytałam dziś rano dwa kontrastujące artykuły - jeden o głodzie w Somalii, a drugi o szwedzkim państwie socjalnym, dobrobycie za który płaci się ogromną samotnością. Pamiętam co mnie najbardziej zaskoczyło kiedy byłam w Afryce. Ludzka solidarność. Tam nik nie siedzi nawet przez pół dnia sam w domu - w ogóle nie siedzi w domu, bo życie toczy się na ulicy, w społeczności. Młoda mama jest otoczona wianuszkiem ciotek i sąsiadek do pomocy, dzieci starsze zajmują się młodszymi, ludzie dzielą się społecznymi rolami i dzięki temu mają więcej czasu na bliskość.
Kiedy byłam w ciąży to przerażała mnie ta samotność matki europejki. Ja nie mam mamy, a moje koleżanki ograniczały się do opowieści o strasznych porodach. Za zamkniętymi drzwiami mojego mieszkania czai się samotność, jak za każdymi drzwiami europejskiego domu. Mamy coraz większą tendencję do izolacji.
Oczywiście klęska głodu w Somalii jest zdecydowanie większą tragednią ponieważ pozbawia ludzi prawa do życia, ale nasza, europejska samotność, to bardzo wysoka cena za dobrobyt
niedziela, 24 lipca 2011
Jestem trochę zakłopotana tą masą wolnego czasu. Mam nadzieję że dobrze go wykorzystam. M. się śmieje że będę mu gotować obiadki - nie powiem że czasem nie gotuję, ale musiało by mi totalnie odbić żebym się zabrała za jakieś czasochłonne dania np lepienie pierogów. Na razie zabrałam się za szlifowanie angielskiego. Chciałabym znaleźć pracę gdzie ten język będzie mi potrzebny.
sobota, 23 lipca 2011
Na razie mnie to bawi. Od środy oszczędzamy. Opracowałam limit obiadowy: 5 zł na osobę/obiad. Niemożliwe? a jednak!. Marakorn z cukinią marchewką cebulą i pomidorami - sos na dwa dni. Kolejne danie to sałata ze śmietaną z ziekniakami i grilowana pierś z kurczaka. Albo burito - naleśniki z mąki przenno kukurydzianej (oczywiście domowej roboty) do tego sos z pomidorów czerwonej fasoli kukurydzy i trochę mięsa i gotowe - też na dwa dni. W sumie tylko obiad z piersią z kurczaka wychodzi po 5 na głowe - reszta taniej.
Skromne życie, do którego od czau do czasu tęsknię, dopadło mnie z dnia na dzień. Może dobrze że tak się stało. Nauczę się gospodarności. Czytałam kiedyś artykuł, że gospodarstwo domowe potrzebuje pół roku czasu do dostosowania się do pomniejszonych dochodów. Zobaczymy jak nam pójdzie. Na razie po mimo oszczędności i tak w sierpniu wydamy oszałamiającą kwotę ponieważ jedziemy na wakacje, które przy mojej obecnej sytuacji zrobiły się bardzo drogie.
Wracając do oszczędności. Jest również koncepcja wprowadzenia tanich piątków - obiadów w postaci placków ziemniaczanych albo kopytek gdzie kwota na osobę nie powinna przekroczyć 3 zł. Zobaczymy czy to się uda.
Jak widzicie powołałam w swojej głowie sztab kryzysowy.
piątek, 22 lipca 2011
Czytając politykę zawsze zaczynam być trochę strapiona. Na przykład po wywiadzie z Jamesem Cameronem o przyszłości kina w 3D jestem strapiona upadkiem kultury. Po artykule o Strefie Gazy odciętej od świata i o tym kto zarabia na tunelach i jednocześnie handlu pomiędzy Egiptem a Strefą Gazy jestem przerażona jak jedni ludzie wykorzystują drugich, od razy przypomina mi się kurs franka szwajcarskiego sztucznie windowany w górę i zaraz zaczynam myśleć że wszyscy notorycznie mnie okradają......
Koniec polityki na dziś. Dziś jest plan na przewietrzenie swojego domku. Idzie nowe czas zrobić nowemu porządek. Ponieważ jestem absolutnie niesprzątającą i nieprzywiązującą wagi do porządków osobą to jest to dla mnie nie lada wyzwanie. Mam nadzieję, że dzięki takiemu zajęciu trochę się też zrelaksuję, bo nie ukrywam, że czuję się fatalnie. Trochę skopana, trochę zestresowana, oszukana i skrzywdzona. No i cały czas wisi nade mną widno wyprawy do warszawy w celu zwrócenia własności firmowej i dopełnienia formalności zwolnieniowych czyli nic przyjemnego.
Cieszę się jedynie z tego, że mam teraz dużo wolnego czasu i w głowie kilka pomysłów jak go wykorzystać. Nadrobię zaległości i wezmę się za zajęcia ciągle odkładane na potem. I mam nadzieję, że zgodnie z filozofią zen codzienność przyniesie mi wiele niezapomnianych chwil.
Jeszcze wczoraj byłam zabieganą, zajętą, dobrze zarabiającą dziewczyną z klasy średniej, a dziś jestem biedną i posiadającą nadmiar czasu bezrobotną.
To jest strzał w głowę i nie ma się co oszukiwać. Przykro mi, że firma mnie wyssała i wyrzuciła - jak typowa korporacja. Wiem, że głównym powodem było moje podwójne długie L4, jakby to było coś złego, że chciałam mieć dzieci..... Nie mam ani dzieci ani pracy także trudno nie czuć się jak looser.
Czuję żal.
Z drugiej jednak strony czuję wielką ulgę. Jestem wolna. Uwolniłam się od presji wyników sprzedaży, od presji pracy na czas, od tego całego wyścigu szczurów i od konsumpcji. Oczywiście wielu rzeczy na pewno będzie mi brakować - samochodu albo ubezpieczenia zdrowotnego, moich klientów. Cieszę się jednak, że nie spotkam już nikogo z kim pracowałam. Nie spotkam chłopaka, którego w myślach nazywam szumowiną i który od trzech lat kopał pode mną dołki, skarżył szefowi i źle nastawiał innych ludzi z zespołu. Nie spotkam innych agresywnych sprzedawców, przydupasów szefa, ludzi korporacji. W tej pracy byłam jak w za ciasnych butach i teraz czuję się jak stopa, która w końcu może wypocząć na trawie i rozprostować palce!
Czy to deprecjacja? Być może, choć nie sądzę. To nie jest moja pierwsza praca, ale chyba pierwsza, w której tak bardzo się męczyłam. Trzymały mnie tam tylko zarobki. To straszne, że tak bardzo boję się zbiednieć. Przyzwyczaiłam się do wygody, której zresztą w dzieciństwie nie miała. Cieszyło mnie to, że wyrwałam się ze skrajnej biedy. Codziennie "modliłam się" żeby tylko nie stracić źródła dochodów- źródła mojego bezpieczeństwa.
Teraz mam szansę zmienić pracę na lepszą i to jest największy plus.
Zobaczymy co przyniesie mi los.
środa, 20 lipca 2011
jak to jest wylecieć z pracy.....
|
|